Chłopak najbardziej nienawidził tanich win i jazzowej muzyki. Przeszkadzało mu na tyle iż potrafił wyjść z baru nie płacąc za wcześniej spożyty trunek. Był postrzegany za osobę bez kultury ponieważ często wdawał się bójki z inną klientelą i w ogóle nie obarczał siebie winą. Był niczym książę, któremu nic nie pasowało. W większości barach miał kategoryczny zakaz wstępu, lecz nie bardzo zwracał na to uwagę. Gdziekolwiek słyszał ten gatunek, wiedział, że nie skosztuje tam tego czego pragnął. Uwielbiał pić wytrawną szkarłatną ciecz, która niczym lekarstwo koiła jego zszargane nerwy. Tam gdzie jazz, tam tanie wino bez smaku i w dodatku z terminem ważności. No bo od kiedy ten typ alkoholu może stać się przeterminowany? Im starsze tym lepsze, lecz ta definicja dotyczyła tylko i wyłącznie wytrawnych i czasem pół wytrawnych win. Miał wprawione kubki smakowe, wystarczyła tylko kropla tego niebiańskiego napoju, a potrafił rozróżnić coś drogiego z tanią berbeluchą. Pracodawca płacił mu należycie więc często pozwalał sobie na taką rozkosz. Gdyby tylko mógł, poślubiłby butelkę swojego ukochanego campari. Nie był osobą doświadczoną, nie pracował jako smakosz w ekskluzywnych restauracjach, raczej babrał się w szemranej robocie. Chodzenie od barów do różnorakich pubów było zajęciem relaksacyjnym, przerwą od jatek, w których z chęcią uczestniczył. Nie był kimś zamkniętym w sobie, wręcz przeciwnie. Kiedy miał na to ochotę szukał zaczepki nie tylko na terenach, na których pracował, ale też w ciemnych zaułkach, gdzie roiło się od bezdomnych czy też dilerów narkotyków sprzedających najczęściej amfetaminę lub opium. W takich typach ludzi lubował się najbardziej. Przychodził do nich udając klienta, a kiedy wyczuł dla niego samego najkorzystniejszą okazję atakował, zadając im serię kilku porządnych ciosów, które zazwyczaj doprowadzały do śmierci danego delikwenta. Nie był zwykłym mężczyzną. Co prawda dobrze walczył, jednak jego charakterystyczną cechą jaką posiadał były nadprzyrodzone zdolności. Czasem ich używał, jeśli przeciwnik dał mu porządnie w kość. Rzadko pokazywał na co go naprawdę było stać. Wystarczająco imponował wszystkim samą swoją siłą.
Kolejną rzeczą jakiej nienawidził to nieśmieszne żarty dotyczące jego wzrostu. Słyszał je niestety i to nie raz. Takie sytuacje kończył bójką, z których wychodził praktycznie bez szwanku. Czasem w kilku miejscach widniały zadrapania oraz siniaki, lecz nic poza tym. Podwładni go szanowali, bali się jego cholerycznego nastawienia do wszystkiego jak i do ludzi, z którymi musiał pracować. Każdy ze strachem podchodził i próbował załatwić z nim wszystkie formalności. Każdy sprzeciw uważał za zdradę, czy też obrazę majestatu. Zwykle osoby, które nie chciały z nim współpracować, lądowały w szpitalu w krytycznym stanie. Siał postrach w miejscu pracy. Wszyscy unikali go z wyjątkiem dwóch osób wliczając w to szefa. Ba! Sam tytułowy boss jednym klaśnięciem w dłonie sprawiał, że każdemu jeżył się włos na głowie. On sam musiał bić mu pokłony, no ale co miał zrobić? Dzięki niemu mógł żyć dostatecznie dobrze w tym mieście. Nie narzekał, robił wszystko to, co kazano i nigdy nie powiedział o nim złego słowa. Kolejną osobą, którą darzył szacunkiem była wysoka, szczupła kobieta. Czerwonowłosa piękność, która gdyby mogła, zabijałaby swoim wdziękiem. Piękna gejsza, kompletnie nie pasująca do środowiska, w którym oboje pracowali. To ona pomogła mężczyźnie, to ona przygarnęła go pod dach. Gdyby tego nie zrobiła, kto wie kim by został. Możliwe, że należałby to tej bandy brudasów włóczącej się po niebezpiecznej stronie Jokohamy. Niewiele pamiętał ze swojej marnej przeszłości. Jedynie podczas snu nawiedzały go obrazy krwi na ścianach oraz płonący dom. Nie wiedział, czy to coś związanego z jego przeszłością. Jeśli tak, to większość istotnych spraw, które mógłby z nimi powiązać zostały już dawno wyparte z jego pamięci. Zrobił to, kiedy jeszcze nie należał do tej całej bandy, kiedy miał dopiero czternaście lat.
Siedział w przepełnionej ludźmi restauracji i czekał aż podadzą burgund, na którego nastawiał się od samego rana. Nie pamiętał konkretnie, kiedy ostatnio przebywał w takiej placówce. Stawiał, że prawdopodobnie jakieś dwa miesiące temu na obiedzie z czerwonowłosą. Co prawda nie słyszał tych nieszczęsnych dźwięków wydających przez różnego rodzaju trąbki, lecz do muzyki klasycznej również nie napawał sympatią. Czekał tylko na skosztowanie napoju Bogów i opuszczenie tego miejsca jak najszybciej. Do środka jednak wszedł ktoś, kto go dobrze znał. Może nie byli w bliskich relacjach, ale zdarzało im się czasem wspólnie pracować. Starszy mężczyzna, na oko pięćdziesięcioletni z niewielkim wąsikiem oraz kozią bródką. Przy jego lewym oku wisiał monokl. Stanął przy jego stoliku i znacznie odchrząknął. Spojrzał na jego osobę spod byka, aczkolwiek chwile później wrócił do obserwowania nieskazitelnie czystego kieliszka.
Siwy mężczyzna usiadł obok i pstrykając na kelnera palcami, zamówił filiżankę espresso.
— He? Jesteś szefem Czarnych Jaszczurek, po co ci moja pomoc? - uśmiechnął się ponieważ kelner wraz z zamówieniem drugiego przyniósł jego długo wyczekiwany alkohol.
— Nieopodal naszej siedziby znaleziono ciało młodego mężczyzny. Wszystkie podejrzenia padają na nas, jednak Mori umywa ręce i... - nie dokończył ponieważ zanurzył swoje usta w kremowym wywarze. Ryurou Hirotsu był jednym z szefów Czarnych Jaszczurek. Jak nikt inny był posłuszny Mori'emu. Działał na każdy jego rozkaz i wraz ze swoją watahą potrafił rozbić każdy gang oraz zniwelować wszystkie złowrogie plany przeciwników. Porażki w jego wykonaniu nie wchodziły w rachubę.
— i jeśli tak dalej pójdzie, te szychy z rządu jak i z policji będą miały na nas niezłego haka. Nakahara, spójrz na to z tej strony; jeśli nic nie zdziałamy w tym kierunku, zgnijemy w więzieniu lub zostaniemy straceni razem z resztą. Nasze umiejętności w niczym nie pomogą.
To prawda. Szychy z Ministerstwa do Spraw Nadprzyrodzonych tylko czyhali na ich choćby najmniejsze potknięcie. Chuuya wzruszył tylko ramionami i ze spokojem popijał trunek. Choć spokój w jego wykonaniu to pojęcie względne i w głębi czuł, narastające zagrożenie od strony prawa. Machnął ręką na kompana, aby zaczekał na niego przed restauracją, po czym w lekkim pośpiechu wypił zawartość swojego kieliszka. Niechętnie zapłacił i prędko stamtąd wyszedł. Liczył na trochę czasu wolnego, jednak plany przybrały inny obrót. Na miejscu krążyło pełno ich podwładnych, którzy z trudem próbowali odnaleźć wszelkie ślady zabójstwa. Rudowłosy mężczyzna westchnął ponieważ żaden z nich tak naprawdę nic nie potrafił zrobić dobrze. Podszedł pewnym krokiem do leżącego ciała na ziemi. Przetarł oczy ze zdumienia ponieważ zwłoki w niektórych miejscach były rozszarpane, tak jakby uczyniło to dzikie zwierzę. Konkretnie zbadał je wzrokiem, lecz niemożliwe jest to, żeby jakiś pies mógł to zrobić. Głębokie rany dawały wiele do myślenia. Mogła to zrobić jedynie osoba, która posiadła moc przemiany w dzikie stworzenie na tyle potężne, żeby zrobić coś takiego. Mógłby to być lew, tygrys czy coś większego. Rozkazał swoim ludziom zabrać trupa, a sam zaczął bacznie obserwować miejsce zdarzenia. Faktycznie, z trudem cokolwiek znalazł. Jedynym tropem, na który udało mu się natknąć to jeden cienki srebrny włos. Wiele to nie mówiło, lecz tylko tyle stąd uzyskał. Dokładnie go zabezpieczył i podrzucił specjalistom. Nie miał najmniejszej ochoty siedzieć w tym dłużej niż musiał. Chciał po prostu odwalić kawał dobrej roboty, usłyszeć słowa uznania i z powrotem zniknąć w poszukiwaniu dogodnej miejscówki z dobrym wytrawnym winem. Ku jego zaskoczeniu dostał telefon od szefa. Otrzymał rozkaz natychmiastowego przybycia do jego gabinetu. Tak więc speszony oraz niezbyt zadowolony rudzielec nie ukrywając przy tym niechęci wykonał w pośpiechu dane polecenie.
Stanął przed drzwiami i popatrzył na gorylów bacznie strzegących ogromnych drzwi. Oboje nakierowali swoja broń na niego, lecz po chwili ją opuścili, pozwalając tym, aby mniejszy mógł przejść dalej. Czarnowłosy mężczyzna siedział na swoim fotelu i obserwował popołudniowe niebo, może nawet już wieczorne. Towarzyszyła mu jak zwykle mała blond włosa dziewczynka w czerwonej sukience. Tylko ona posiadała przywileje przebywania w tak bliskiej odległości z nim. On sam musiał stać co najmniej dwa metry od wejścia.
— Wzywałeś mnie szefie?
— Wiesz, że ufam tobie bardziej niż innym, prawda? Domyślam się, że nie jesteś zadowolony z faktu iż cię tu wezwałem.
— Nie, skąd taki pomysł? - chłopak oczywiście skłamał, był w tym całkiem niezły. Kiedy musiał, potrafił dobrać minę do złej gry.
— Ach, doprawdy? Musiałbym cię nie znać jakbym nie mógł rozpoznać maski, którą zakryłeś swoje prawdziwe ja. Nie interesują mnie zbytnio takie sprawy, mam inne rzeczy na głowie. Chcę tylko, abyś odnalazł tego kogoś, kto próbuje nam zaszkodzić. Czy wyraziłem się jasno?
Nakahara skinął głową i opuścił gabinet. Nie miał wyjścia, jak tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Miał lekką nadzieję, że ten przeciwnik będzie kimś godnym do walki. Minęło dopiero kilka dni od ostatniej potyczki, a czuł jakby to przeszło miesiąc temu. Końcówkę dnia postanowił spędzić w swoim mieszkaniu, popijając czerwoną ciecz przywiezioną z Francji. Burgund, który dzisiaj skosztował smakował niczym bełt kupiony za grosze w spożywczaku.
C.D.N
No i przybywam do was z pierwszym rozdziałem nowego opowiadania. Nie będzie to nic nadzwyczajnego, superowego. Po prostu zwykłe opowiadanie. Jednak znacząco będzie się różnić m.in tytułem jak i osobą. *Akie próbuje swoich sił w pisaniu w trzeciej osobie* mam nadzieję, że wyszło okej i przypadło wam do gustu. Historia będzie się dopiero rozkręcać, lecz na razie pierwsze rozdziały będą takie testowe i poznawcze. Zależy czy wam się spodoba czy nie, a mam nadzieję, że tak! Do następnego!

Oyaoya, podoba mi się ^_^
OdpowiedzUsuńWowowoowow :3
OdpowiedzUsuń