"Z samobójstwem jest jak ze spadochroniarstwem: pierwszy skok jest najlepszy. Próba osłabia emocje, recydywa zniechęca."
Bacznie obserwowałem zbiorowisko ludzi przy jednym z wykopanych dołków. Pośród przybyłych widziałem znajome twarze, wyblakła czerń spowijała każdego z nich. Chciałbym tam być, jednak nie mogłem, nikt już by mnie nie zobaczył. Nie czułem już pustki, wszystko wyglądało tak bezinteresownie i nudno. Podszedłem bliżej i ze znudzenie patrzyłem na swój własny pogrzeb. Niektórzy udawali płacz, lecz większość i tak z kamienną twarzą stała tylko na pokaz. Na mój pochówek zjawili się prawie wszyscy z Portowej Mafii, tylko po to, aby pokazać dobrą minę do złej gry. Tak naprawdę byłem tylko pionkiem, a czy żyłem, czy byłem martwy to już mało ważne. Odwalałem tylko brudną robotę. Mawiali, że jestem jednym z najmłodszych i najbrutalniejszych egzekutorów, by podbudować ego, którym się tak pyszniłem za życia. Było mi to już serio obojętne, wkrótce po tym i tak wszyscy wrócą do swoich obowiązków. W tym gronie brakowało jednej osoby. Wiedziałem, że nie przyjedzie, pomimo tego iż zawsze stał u mego boku. Rudzielec od zawsze pałał do mej osoby nienawiścią, oboje byliśmy cięci na siebie, jednak dalej pracowaliśmy razem. Co było przyczyną naszej dalszej współpracy? Może to, że oboje mieliśmy z tego jakieś korzyści? To było bardzo prawdopodobne, gdyż oboje nie darzyliśmy siebie sympatią. Łączyły nas interesy, nic więcej. Nic więc dziwnego, że nie przybył. Po ceremonii ludzie zaczęli odchodzić, każdy szedł w swoim kierunku. Po drodze usłyszałem szepty tych, co zostali do samego końca:
— Ta, ale ile tych prób już miał za sobą. Każdy już zaczął go ignorować.
— Nikt się nie spodziewał takiego obrotu sprawy.
Co za durna gadanina, stwierdziłem. Kiedy pomyślałem o swoim samobójstwie, wybuchnąłem gromkim śmiechem. O dziwo pamiętałem jeszcze ten wieczór, w którym wróciłem do mieszkania pod wpływem alkoholu. Usiadłem na fotelu z kolejną butelką sake i pistoletem z naładowanym nabojem. Tylko jednym, tyle wystarczyło. Nie przejmując się tym, co inni pomyślą, przystawiłem broń do skroni i w trakcie niepohamowanego śmiechu oddałem strzał. Wtedy wreszcie zakończyłem swój nędzny żywot. Po tylu nieudanych próbach w końcu to zrobiłem. Zacząłem biegać wokół ludzi zmierzających do bram cmentarza i krzyczałem prosto w ich twarze, na których namalowana była kamienna, nie wyrażająca żadnych uczuć maska.
— Zrobiłem to! W końcu to zrobiłem!
W końcu i tak po kilku dniach puszczą w niepamięć to, że w ogóle żyłem. Po mej osobie pozostał tylko ten nic nie warty nagrobek, pod którym ukryte były zwłoki najgroźniejszego egzekutora w całej Mafii. Zapewne po kilku latach zostanie po mnie szkielet, zaś dusza ciągle będzie wałęsać się po tym jakże brudnym i zanieczyszczonym świecie. Tak o to zostałem duchem, który bez żadnego celu włóczył się po Jokohamie. Nie trafiłem ani do nieba, ani do piekła. Początkowo nie odczuwałem różnicy.
Siedziałem w tym samym miejscu, gdzie dokonałem na sobie egzekucji. Wszędzie panowała czystość, nie było śladów krwi, która powinna jednak być. Byłem tym rozczarowany ponieważ oznaczałoby to kolejną klęskę. Plan znowu poszedł na marne, a ja będę musiał wymyślić inny sposób na odebranie sobie życia. Wyszedłem z domu bez słowa i dopiero wtedy, kiedy dotarłem do pracy zauważyłem, że nikt nie zwraca na mnie uwagi. Do każdego coś mówiłem, jednak tego nie słyszeli. To znak, że coś tu nie grało. Myślałem, że to próba zażartowania z mojej osoby, ale wszystko wyglądało bardzo realistycznie. Nie potrafiłem w to uwierzyć. Stwierdziłem, że może szef wszystko mi wyjaśni. Pewnie chcieli zrobić taki dzień ignorowania Osamu, gdyż doskonale wiedzieli, że jak przyjdę to będę marudził. W sumie to mieliby rację. Wszedłem do gabinetu Mori'ego i zdziwiony, że nie zostałem zatrzymany przez jego ochronę, usłyszałem słowa, które utwierdziły moje przekonania.
— Skontaktujcie się z naszymi ludźmi. Tak, informacje potwierdzone. Dazai Osamu nie żyje.
Od tamtej pory już nie zawracałem sobie głowy faktem, że ktoś mógłby się przejąć moją śmiercią. Na początku ogarnął mnie szok, a jednocześnie przerażenie, bo skoro popełniłem samobójstwo, to czemu ciągle tu byłem i stałem przed brunetem? Czemu ciągle byłem na ziemi, a nie gdzieś indziej?Byłem z tego powodu zniesmaczony. Dopiero potem powoli przyswajałem sobie do świadomości, że nie będę mógł już chodzić na drinka do Baru. Nie mogłem nawet rozmawiać z innymi, a oni też nie mogli mnie już zobaczyć. Mieszkanie, które służyło mi tylko i wyłącznie do spania, zostało w mgnieniu oka sprzedane. Mogłem robić co chciałem.
Tanecznym krokiem opuściłem cmentarz i zacząłem spacerować chodnikami obserwując wokół tętniące życie. Nie czułem chłodu oraz ciepła. Nie wiedziałem czy jako duch mam jakieś nadprzyrodzone zdolności i najważniejsze; czy mogłem dotykać różnych przedmiotów, więc postanowiłem to sprawdzić. Zbliżyłem się do jednego ze straganów z owocami i kiedy nikt nie patrzył chwyciłem w dłoń jedną z pomarańczy. Podrzucałem owocem, a także na przemian łapałem go w obydwie dłonie. Najwidoczniej potrafiłem ruszać wszystkim, co było nieożywione. Odłożyłem pomarańczową kulkę na miejsce i ruszyłem dalej. Postanowiłem zajrzeć do miejsc, w których Portowa Mafia dokonywała egzekucji oraz uczestniczyła w szemranych spotkaniach. Nie musiałem już przepuszczać ludzi na chodniku, bawiły mnie ich zdziwione twarze, kiedy przechodził przez nich zimny chłód wywołujący dreszcze. Każdy obstawiał na zmianę pogody, lecz prawda była inna. Idąc przed siebie próbowałem wyobrazić sobie, jak wyglądałoby dalsze życie, gdybym nie strzelił sobie w głowę. Pewnie dalej pracowałbym dla Mori'ego lub uciekł stamtąd jak najszybciej. Być może dalej pracowałbym z Nakaharą.
Miejscem do którego doszedłem, okazały się być stare opuszczone magazyny. Jedno z moich ulubionych miejsc, gdzie dokonywałem osądów na osobach, które kazano mi zabić. Odczuwałem tu panującą złą aurę, jednak nikogo tu nie zastałem. Do czasu. Usłyszałem odgłos strzelaniny w jednym ze starych budynków. Zaciekawiony sytuacją poszedłem do miejsca, gdzie ktoś wydał kilka strzałów. Uważałem siebie za obserwatora, gdyż tylko tyle mogłem zdziałać, a przynajmniej chciałem wiedzieć czy to był ktoś z Mafii. Bez problemu przeszedłem przez ścianę i moim oczom ukazał się nie kto inny jak Chuya. Wraz z nim przebywały tu Czarne Jaszczurki. Widocznie natrafiłem na jego kolejne zadanie. Naprzeciwko nich stało dwóch przerażonych mężczyzn, a obok leżał zapewne ich niedawno zastrzelony kompan. Nic dziwnego, rudzielec zawsze siał postrach, nie tylko między członkami.
— Nie będę czekał dłużej. Gdzie pieniądze?! - syknął Nakahara i zgromił przeciwników swoim groźnym spojrzeniem.
Przez to, że mierzył tylko sto sześćdziesiąt centymetrów, wyglądał jak mały rozwścieczony ratlerek, co bardzo mnie rozbawiło. Wyglądał tak, jakby miał zaraz rzucić się na tę dwójkę i ich pogryźć. Nie mogłem powstrzymać śmiechu, więc parsknąłem głośno na całą halę. Spowodowało to głośne huknięcie, na które wszyscy zwrócili uwagę. Zatkałem usta dłonią. Nie sądziłem, że taka zjawa jak ja może mieć aż tak ogromną siłę. Niestety musiałem pohamować swój atak głupawki. Chuya jak i Jaszczurki przez chwile wyglądali na zdezorientowanych, jednak chwilę potem wrócili do swojego zajęcia. Tych dwoje po pięciu minutach rozstrzelano ponieważ były partner nie otrzymał odpowiedzi dotyczącej gotówki. Po jego minie było widać, że nie był z tego powodu zadowolony.
— Szefie, co teraz? Oni byli jedynymi osobami, którzy mogli wiedzieć coś o tych pieniądzach.
— Pieprzysz - fuknął herszt — Nie będę zamartwiał się już martwymi płotkami. Wycofujemy się!
C.D.N
Akię wraca do was ponownie z ficzkiem, tym razem też wieloczęściowym! Przeczytałam go całego, ma to jakieś ręce i nogi, jednak nie jestem za bardzo dobra w te klocki. Dziękuje Tsukkomeł za podsunięcie pomysłu na tytuł. Bez ciebie bro, głowiłabym się dalej z tytułem XD Jest to coś innego, zupełnie innego. Krótkie, ale uwierzcie, że pisałam to cały dzień. Tak, cały dzień. Mam nadzieję, że wygląda to jakoś przyzwoicie i da się to normalnie czytać. Z resztą oceńcie sami! Pozostawiam was z piosenką, która mnie natchnęła do tego opowiadania. Posłuchajcie ze mną The Kills! Do następnego!
I ty jeszcze narzekasz że na emeryturę chcesz iść...phi
OdpowiedzUsuńŚwietne, czekam na ciąg dalszy, ciekawi mnie co będzie dalej *_*
PS naprawdę w głowie miałam obraz Dazai'ego (jak to odmienić ;;) gdy biegał po tym cmentarzu x'D